Tagi

, , , , , ,

“Marsjanin” – Andy Weir

tytuł oryginału: The Martian

przekład: Marcin Ring

liczba stron: 384

wydawnictwo: Akurat, 2014

moja ocena: 8/10 (rewelacyjne)8 na 10

Kosmos. Temat modny, chętnie podejmowany przez reżyserów filmowych oraz autorów książek, bywa realizowany na wiele sposobów i z bardzo różnym skutkiem. Zabrakło by palców u rąk, zliczając wszystkie produkcje o tej tematyce, zaledwie z ostatnich kilku lat – „Grawitacja” (2013), „Interstellar” (2014), „Ładunek” (2009), „Prometeusz” (2012)…

Wydawać by się mogło, że Andy Weir pisząc „Marsjanina” idealnie wpasował się w ten „kosmiczny nurt”, który od pewnego czasu jakby zyskał na sile. Nic bardziej mylnego. Powieść nie od razu zyskała uznanie, a sam autor bezskutecznie szukał wydawcy dla swojego dzieła.  Przekonany o  wartości swojej książki, w końcu postanowił wydać ją nakładem własnym. Dopiero wtedy „Marsjanin” zaczął odnosić sukces, na który w pełni zasłużył. Czytelnicy zaczęli po niego chętnie sięgać, a wytwórnie filmowe zauważyły w opisywanej fabule potencjał na nakręcenie kasowego filmu (premiera kinowa 30.09.2015 r., reż. Ridley Scott).

Mówią, że żaden plan nie może przetrwać pierwszej próby realizacji.

Science fiction to kompletnie nieznany mi gatunek, więc z trudem przychodzi mi porównanie tej książki do innych dzieł. Nigdy nie czytałam popularnego Franka Herberta, Philipa K. Dicka, czy też bardzo naszego rodzimego Stanisława Lema. Filmy lubiłam, ale książek nigdy nie miałam odwagi poznać. Bałam się, że przytłoczą mnie swoim językiem i przytaczaną terminologią. Zawsze mi się wydawało, że nie posiadam też aż takiej wyobraźni, która umożliwiłaby mi zupełny relaks podczas czytania. Dlatego też lubię, jak science-fiction jest bardziej science. Jestem na tyle rozważna, że zwyczajnie wolę czytać o realistycznych rzeczach niż tych całkiem odległych od prawdy. Nie mam tu na myśli ogólnego prawdopodobieństwa występujących zdarzeń, lecz sposobu ich przedstawienia. Uważam, że aby pisać teksty science-fiction należy choć trochę interesować się daną dziedziną nauki, której zagadnienia będą poruszane w fabule. Nie wymagam wiele, ale nie chcę też być oszukiwana naciąganą historyjką. Nie wiem, jak jest w przypadku „Marsjanina”, bo nie jestem fizykiem, nie pracuję w NASA i nigdy nie byłam w kosmosie. Jednak ogólne wrażenie jest bardzo pozytywne, a wszelkie przytaczane rozwiązania sprawiają przynajmniej wrażenie, że mogłyby się sprawdzić w codziennym życiu. To mi w zupełności wystarcza.

To dziwne uczucie. Gdziekolwiek pójdę, jestem pierwszy. Wyjść z łazika? Pierwszy człowiek, który tu był! Wejść na wzgórze? Pierwszy gość, który na nie wszedł! Kopnąć kamień? Ten kamień był w tym samym miejscu od milionów lat!
Jestem pierwszym człowiekiem, który przejechał długi dystans na Marsie. Pierwszym człowiekiem, który spędził na Marsie więcej niż trzydzieści jeden solów. Pierwszym człowiekiem, który zbierał plony na Marsie. Pierwszy, pierwszy, pierwszy!

Fabuła książki jest niezwykle zachęcająca. Głównym bohaterem jest Mark Watney, który w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności stał się prawdziwym „kosmicznym rozbitkiem”. Był członkiem misji kosmicznej, jednak podczas burzy piaskowej został uznany za zmarłego i opuszczony przez resztę załogi, która odleciała z powrotem na Ziemię. Jednak Mark po jakimś czasie odzyskuje przytomność i stwierdza, że pozostał sam na Czerwonej Planecie. Brak jakiejkolwiek łączności z Ziemią oraz ograniczone zapasy powietrza, wody i pożywienia rysują przyszłość bohatera w ciemnych barwach. Nawet wysłanie misji ratunkowej nie wchodzi w grę, gdyż po pierwsze sztab w Houston uznał Marka za tragicznie zmarłego, a po drugie przygotowanie takiej misji i lot trwałby znacznie dłużej niż czas, na jaki wystarczą Markowi jego skąpe zapasy. Mimo to Mark postanawia się nie poddawać i zaczyna walczyć o przetrwanie…

W tej walce równie ważną rolę, co naukowa wiedza, zdolności techniczne i pomysłowość, odgrywają niezłomna determinacja i umiejętność zachowania dystansu wobec siebie i świata, który nie zawsze gra fair…

Zgaduję, że możecie to nazwać „porażką”, ale ja wolę termin „nabywanie doświadczenia”.

Ocena może być tylko jedna i zawierać się w jednym zdaniu – ta książka przekonała mnie do science fiction! Historia jest iście filmowa, więc nie dziwi mnie fakt adaptacji kinowej. Autor zawarł w tej książce nie tylko fikcję literacką, ale także (a może przede wszystkim) wiele ciekawostek i realnych problemów natury technicznej lotów kosmicznych i przebywania na obcej planecie. Mamy w niej do czynienia z zagadnieniami biologii, chemii, fizyki, matematyki oraz wielu, wielu innych nauk. Widać, że autor jest znawcą tematu, a nie tylko pisarzem, który osadził opisywaną przez siebie historię na Marsie. Książka trzyma w napięciu a perypetie głównego bohatera są niezłymi zwrotami akcji. Do tego Weir stworzył fantastycznego bohatera, który w obliczu dramatycznej sytuacji nie traci humoru i nadziei. Podczas czytania wielokrotnie martwiłam się o losy Marka, ale równie wielokrotnie śmiałam się z jego komentarzy, monologów i rozlicznych przygód.

Jedynym rozczarowaniem i zaskoczeniem było dla mnie zakończenie powieści. Liczyłam na nieco inny finał, tym,czasem autor zafundował nam dość przewidywalny koniec. Jednak to, czy przewidywalnym wydaje się przeżycie, czy też śmierć Marka, zostawiam Wam do osądzenia.

Z mojej strony gorąco zachęcam do lektury!

©podpis 2

Reklamy